wtorek, 27 grudnia 2016

4 powody przez które zostajemy na Sylwestra w domu

Święta za nami. Przeleciały jak z bicza strzelił. Mam nadzieję, że każdy szczęśliwie wrócił do domu zdrowy i z górą prezentów. Zaczęliście już zrzucać wagę? Nie warto! Przed nami jeszcze jeden dzień wyżerki. Mamy takie dwa dni w roku, w których imieniny obchodzi jedna osoba a pije cały kraj. Andrzeja (w tym moje:P), ale to już za nami, i oczywiście Sylwestra. Tak tak. Ci to mają dopiero dobrze. Obchodzą sobie imieniny, a życzenia składają sobie wszyscy.. Nieźle.. to jakby po udanym stosunku nawet sąsiedzi szli zapalić..:)


Zbliża się nazwijmy to święto nieuchronnie. Ofert z różnymi balami nie brakuje. Kreacje szykowane są niekiedy z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. W większości sklepów można już od dawna kupić fajerwerki, petardy, i inne strzelające czy świecące pierdoły. Podczas większości zwykłych rozmów pada to pytanie. „a gdzie się na Sylwestra wybierasz?” Standardowo wtedy odpowiadam tą samą regułką, którą przez ostatnie kilka lat dopracowałem do perfekcji. Staję naprzeciwko swojego rozmówcy i ze stoickim spokojem odpowiadam- nigdzie.

Czy mogą być jakieś sensowne powody, dla których w ten wyjątkowy dla większości osób wieczór można zostać w domu? Co z balami? Koncertami? Wspólnym przeżywaniem wkroczenia w nowy rok?. Tak są takie powody. I to jest ich całkiem sporo.



Małe dzieci i zwierzęta boją się tego co się dzieje.


Pierwsze strzały zapaleńców, albo ludzi, którzy do północy mogą nie dotrwać można usłyszeć dużo wcześniej. Huk, łomot i inne odgłosy Armagedonu niosą się kilometrami. Jak wytłumaczyć to zwierzętom, które są przywiązane do łańcucha, i później przez dwa dni z budy się boją wyjść? Jak Wytłumaczyć małemu dziecku, że to potrwa „tylko” kilka godzin, skoro ono tego nie zrozumie za nic. Jedyne czego pragnie dziecko podczas świętowania, to wtulenie się w bliską osobę, co zapewni mu bezpieczeństwo. Nie nie. Ramiona dziadków, wujków, czy sąsiadki nie zapewnią tego. Nie chcę tego, że moje dziecko obudzi się z płaczem w środku nocy, a w pobliżu nie będzie taty ani mamy. Z tego głównego powodu zostaniemy w Sylwka w domu

Bezpieczeństwo

Bezpieczeństwo to nie tylko wyżej wspomniane wtulenie się w rodzica. Wszystkie fajerwerki są niebezpieczne, i żadne zapewnienia producentów nic tutaj nie zmienią. Za czasów studenckich, to wiadomo co się działo. Oby się narąbać i pójść zobaczyć jak strzelają o północy. Zobaczyć, bo nigdy sami nie kupowaliśmy. Zawsze uważałem, że to strata pieniędzy. No, ale inni tak nie myślą i na tym korzystaliśmy:P Wbijaliśmy się na krzywy ryj w dobry punkt widokowy z butelką „szampana” z biedronki i mogliśmy podziwiać. Podziw kończył się na tym, że najebany ojciec odpala rakietnice. Wszystko było by w porządku, gdyby wiedział co robi. Po podpaleniu, nie wiem czy sam kopnął, czy się po prostu przewróciła, ale efekt był taki, że te piękne fajerwerki zamiast lecieć w górę, i tam sobie w spokoju rozbłysnąć, zaczęły lecieć prosto w tłum zebranych ludzi z dziećmi! Wyobraźcie sobie sytuacje, kiedy stoicie spokojnie, a tu między nogami zapieprza rakieta, która dosłownie obok Was wybucha. Wypadki się zdarzają to jasne, ale taka zabawa wtedy mogła skończyć się tragicznie. Mało tego, widziałem również sytuację, gdzie ojciec dawał podpalać fajerwerki małemu dziecku. Skrajna nieodpowiedzialność, połączona ze spotęgowaną głupotą. Pewnie! Pokazujmy dzieciom sztuczne ognie. Przecież dla nich to ogromna radość, ale róbmy to z rozwagą


Pieniądze


Temat rzeka. Chodź pójdziemy razem. Będzie fajnie. Tylko 260 zł za osobę. Kupisz sobie jakąś kiecę, buty, biżuterię. Zrzucimy się na fajerwerki i idziemy. Jak wiele osób, tak i mnie Grudzień co roku kopie po kieszeni. Wydać ponad 500 zł na jeden wieczór i to pod koniec miesiąca?:P za te pieniądze przygotujemy w domu menu niczym od Amaro. Włączymy muzykę jaką tylko będziemy chcieli, bez słuchania co chwilę „a teraz idziemy na jednego”. A co to kuźwa wesele? Nie musimy się stroić jak choinka na Wigilię. Możemy pić własny alkohol. Jak nam coś zaszkodzi, możemy iść spokojnie do naszego kibla bez obaw, że ktoś przed nami przypadkiem po sobie nie sprzątnął. Nie trzeba robić na Małysza, tylko spokojnie załatwiając swoje sprawy możemy wysyłać życzenia:P Jedyny dodatkowy koszt, to sprzątnięcie po domowym balu.. Kilka zł za uruchomienie zmywarki jestem w stanie zaakceptować:P. Po imprezie nie musimy czekać 3 godziny na taryfę, za którą trzeba zapłacić, jak za przejazd karetą.. Na dodatek obrzyganą przez kilku wcześniejszych pasażerów.. 

Nasi rodzice również mogą mieć plany

Czasami się zdarza, że wszystko sobie zaplanujemy. Mamy wybraną salę, kreację i ozdoby. Odliczamy godziny do zbliżającego się balu, będąc pewnym, że dziadkowie się zajmą naszym dzieckiem. Przecież od tego oni są. Wiedzieli z czym się wiąże planowanie potomstwa dwadzieścia kilka lat temu. Dokładnie tym, że kiedyś zostanie się dziadkiem i trzeba będzie siedzieć z wnukami. Bo dziadkowie już nie mogą się bawić. Nie mają znajomych z którymi razem mogą spędzić ten wieczór. Przecież oni już są starzy, to niech nam młodym się dadzą wyszaleć.. a ja na to wszystko mówię- A gówno! Jeszcze niejeden dziadek by nas zawstydził na parkiecie. Nie jeden młokos by poległ przy karafce bimbru wuja Stasia z dziadkiem. Oni też mogą mieć plany i ochotę do zabawy. Warto o tym pamiętać planując sobie wypad roku.


Nie chcę nikogo namawiać, do porzucania swoich planów Sylwestrowych. A idźcie i się bawcie póki jeszcze możecie. Tańczcie, pijcie, śpiewajcie, strzelajcie fajerwerki. Róbcie wszystko by jak najlepiej zapamiętać ten wieczór. Tylko róbcie to rozważnie.

Sylwester w domu nie jest czymś gorszym. Jest czymś innym. Najważniejsze w tym wszystkim jest towarzystwo w jakim będziemy go obchodzić. Czasami z garstką znajomych można się lepiej bawić, niż z tłumem nieznanych nam osób. 

Udanej zabawy w noc sylwestrową!

czwartek, 22 grudnia 2016

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Wspierać czy nie?

Siema!

Te jedno krótkie słowo, używane szczególnie przez młodzież w formie powitania. Z czym najbardziej nam się kojarzy? Oczywiście z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy i jej liderem Jerzym Owsiakiem. Jeden człowiek sprawił, że podczas jednego dnia miliony ludzi wychodzą na ulicę i razem działają w jednym celu. Zbierają pieniądze, podczas corocznego finału, kolejny, to będzie już 25! Mimo kontrowersji, mimo zarzutów, mimo oczerniania przez różne środowiska, Orkiestra gra w składzie, który z roku na rok jest coraz większy. Gra dla wcześniaków, dzieci, młodzieży i seniorów. Gra dla nas wszystkich.

Kontrowersje


O samej orkiestrze powiedziano już wiele. Co roku jest to samo. Część osób deklaruje, że za nic nie będą wspierać biznesu Owsiaka. Przecież On połowę pieniędzy ze zbiórek zabiera dla siebie. No ja nie będę przecież płacić na organizację Woodstocka! Wiecie co tam się dzieje? Sodomia i Gomoria. Alkohol, cudzołóstwo, wąchanie marihuaniny i palenie heroininy. Mordy w błocie. Pomioty szatana! A kysz a kysz! Wolę pomóc sam. Dam na tacę dychę więcej, albo przeleje na jakąś inną fundację. Część osób ma podejście zgoła inne. Choćby nie wiem co, to pójdą i dadzą pieniążek. Kupią pocztówkę, koszulkę, wylicytują sobie pokrowiec na Iphona, sprzęgło do żuka, czy brony pana Stasia. Zawsze to samo. Dwa obozy. Dwa nacierające się fronty. Jak Izrael i Palestyna. Jak Pies z Kotem. Jak Barca z Realem. Jak Platforma z Pisem, czy Kargul z Pawlakiem. Ich liczba to zawsze dwa. Nie mniej, nie więcej. Dwa.


Co się dzieje podczas Finału?

Wstaję rano, włączam tv i pierwsze co słyszę, to ta melodia, która wdziera mi się automatycznie pomiędzy kości czaski, a korę mózgową. Już grają. To w Warszawie, to w Gdyni, to w Woli Korybutowej.. Nie zdzierżę – myślę, i wychodzę z domu. Przechodzę parę metrów i już doskakuje do mnie dwoje dzieci ninja. Skąd się wzięły? Nie wiem, ale chyba mnie zaraz skroją.. Mają puszki o niepewnej zawartości. Cała akcja zaczyna się, kiedy mniejszy z nich pyta „Czy wesprze pan Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy?” pierwsza myśl, to skopię gówniarza, ale zaraz zmieniam zdanie, bo z tyłu stoi ten większy i zaraz mi przypierdzieli tą puszką.. co robić co robić..? Z jednej strony przecież nie dam pieniędzy gówniarzom, bo zaraz pójdą i sobie kupią jakieś wino, albo coś gorszego, nie wiem. Lody? Z drugiej strony jak nie dam, to mogę dostać z półobrotu od większego i zabiorą mi wszystko co mam przy sobie. Odpowiadam wtedy tonując emocje „Pewnie dzieciaki! Macie! :) Po czym ten mniejszy chowa rękę do kieszeni. O nie! On ma pistolet. Całe życie upływa mi przed oczami, aż tu nagle wyciąga on małą naklejkę w kształcie serduszka i mi daje. Uff.. ulga połączona z nagłym przypływem endorfin. No nic idę dalej. Dochodzę do centrum, a tam łubudubu, łubudubu i znowu ta melodia.. co się dzieje, o co kaman z tą całą zbiórką. Ludzi pełno, muza gra wszystko pięknie sialala. Staję chwilę i zaciekawieniem się przyglądam na zespół, który akurat występuje na scenie. Myślę sobie, że nieźle ktoś im musiał sypnąć hajsem, żeby w taką piździawicę grali na dworze, ale nie.. Oni nie wzięli dużo.. Nie wzięli nic.. zdumiony wracam do domu z siatą bułków i parówków, a tam w TV dalej ta sama muzyczka. O nie! Przecież czas antenowy tyle kosztuje, że się posrają.. Znowu psikus. Telewizja pokazuje to wszystko nie biorąc pieniędzy, a koszt transmisji rekompensują sobie ze znaczną nawiązką puszczaniem reklam.. no nie wierzę. Raptem w tv pojawia się znany sportowiec.. Wyciąga swój medal Olimpijski, na który pracował całą swoją karierę pełną wyrzeczeń i przekazuje go na aukcję. Pierwsza myśl, to taka, że go posrało, ale po chwili pada hasło, że dla Niego pomoc dzieciom jest ważniejsza od błyskotki na ścianie. Po chwili pojawiają się kolejni. Znani sportowcy, artyści, zespoły muzyczne. Wokół nich ludzi od groma i wszyscy zebrani w tym samym celu- pomagania.


Jeszcze parę lat temu, miałem dość obojętne podejście do tego. Nie wspierałem, nie interesowałem się. Nikt mi nic za darmo nie dawał, więc i ja nie dawałem. Nie potrafiłem tego zrozumieć, że rodzice świadomie pozwalali swoim małym dzieciom przez cały dzień latać z puszkami. Myślałem, że ta cała akcja to wyzysk. Myślałem, że coś tam pomogą, a resztę do kieszeni. Jeszcze jak wyskoczył temat Woodstock, to już całkiem dałem się zmanipulować mediom. Stałem się w pewnym czasie zwykłym hejterem. Jednak życie kopnęło mnie zdrowo w jaja o czym już pisałem tutaj.

Pamiętam pierwszy raz, jak przekroczyłem próg intensywnej terapii, gdzie leżała moja córka. Co mi się od razu rzuciło w oczy? Inkubator, na którym przyklejone było serduszko. Za nim pełno maszyn z serduszkami. Wszędzie te serduszka.. Matko. Oni faktycznie pomagają! Te maszyny,  które rzekomo są przekazywane do szpitali rzeczywiście do nich trafiają. Dzisiaj ja Andrzej, z pełną odpowiedzialnością mówię, że sprzęt, który szpital Dziecięcy w Lublinie dostał od orkiestry Owsiaka uratował życie mojej córki. Nie tylko zresztą mojej. Jest mnóstwo dzieci, które żyją dzięki WOŚP. Sprzęt orkiestry jest nie tylko na intensywnej terapii. Między innymi aparatura do badania słuchu także się do tego wlicza. Obecnie wszystkie noworodki są badane. Za darmo. A jeszcze parę lat temu?...


Moja żona z kolei od dziecka kwestowała. Była harcerką. Jak się poznaliśmy, to i mnie namawiała, żeby wrzucać chociaż tą symboliczną złotówkę dla dzieciaczków. Śmiałem się z tego.  Na studiach ciągała mnie ze sobą po sklepach i przecież w każdym praktycznie zbierali, a ona w każdym dawała jakieś dziengi.. Nawet Browarka nie mogłem sobie kupić, bo do puszki trzeba było dać. Teraz dopiero to zrozumiałem.

Nie mam zamiaru się zagłębiać ile pieniędzy zostaje przekazywane na pomoc. Niech sobie organizują festiwale. Niech jeżdżą na wczasy, niech sobie robią co tam chcą. Jak Owsiak będzie stawiał Willę na Dominikanie, to ja mu jeszcze pomogę. W szpitalach nigdy nie widziałem sprzętu fundowanego przez Caritas, organizacje kościelne, żydowskie, buddyjskie, islamskie czy inne. Widziałem tylko naklejki z serduszkami..

W te święta podczas spotkania z rodzinami, pomyślmy chociaż przez chwilę o tych, którzy nie mogą ich spędzić ze swoimi. O wcześniakach walczących o życie. O dzieciach, które zamiast jeść te 12 pieprzonych potraw będą dostawały kolejną porcję chemii. O osobach starszych, z naszego bloku, czy osiedla, które nie dość, że nie mają rodziny, to nie mają co jeść. Wspierając orkiestrę pomagamy takim właśnie osobom. Możemy dać im wesołe i radosne święta. Może nie te, ale każde następne.




niedziela, 18 grudnia 2016

Najlepszy świąteczny wiersz

Święta się zbliżają
Ludzie mnie wnerwiają
Wszyscy zapieprzają
Po zakupy

Choinkę wybierają
Karpia rozprawiają
Wszyscy się zjeżdżają
do chałupy

Matka przed świętami
Stoi nad garami
Pachnie wypiekami
Wigilia nadchodzi

Nadchodzą też życzenia
Czas zwykłego biadolenia
Co dzisiaj babcia Gienia
Za wiązankę spłodzi

A później dla zachęty 
Otwierane są prezenty
Swetry, buty i diamenty
Jest wspaniale

Na pasterce brzmią organy
Ksiądz śpiewa uhahany
Kościelny nasz kochany
śpi w konfesjonale

W te święta życzę Wam
By żaden smutny cham
Nie zakłócił Wam
Rodzinnej atmosfery

Życzę Wam miłości
Zdrowia, szczęścia i radości
By Wasz karp nie miał ości
Do cholery! 



czwartek, 15 grudnia 2016

Każdy moment jest dobry, żeby zacząć pomagać

Święta święta święta.. zwierzęta mówią ludzkim głosem. Prawdziwy cud! Lecz, czy cuda zdarzają się tylko w święta? Otóż nie. Cuda możemy czynić sami codziennie. Dzisiaj chcę się skupić na jednym z takich cudów. Miłości do zwierząt.

Zwierzęta również potrzebują miłości. One w przeciwieństwie do ludzi potrafią kochać bezgranicznie. Wiele z nich za swojego właściciela jest gotowych oddać swoje życie. Ludzie jednak tę miłość nie zawsze potrafią odwzajemnić. Zdarza się, że zwierzęta traktowane są przedmiotowo. Są bite, głodzone, tresowane do różnych chorych walk, czy okaleczane dla zabawy. Zwyrodnialcy potrafią przywiązać zwierzę do drzewa w środku lasu, skazując je na pewną śmierć. Potrafią przywiązać zwierzaka do auta i ciągnąć aż zdechnie, a nawet żywcem zakopać! Kary dla takich bandytów są zbyt niskie. Wolą dostać zawiasy albo grzywnę, ale za to mieć spokój w domu czy na podwórku. Zwierzęta nie umieją wołać o pomoc. Bardzo często nawet nie chcą się bronić w żaden sposób, bo mimo doznawanej niedoli one dalej kochają. Na szczęście powoli zaczyna się to zmieniać. Jesteśmy coraz bardziej wrażliwi na punkcie krzywdy bezbronnych zwierzaków. Ludzie nie boją się publikować nawet przerażających zbrodni. Powstają fundacje i ruchy na rzecz obrony zwierząt. Dołączają do nich sportowcy, aktorzy i celebryci.. Walka z przemocą wobec zwierząt jest trudna. Porównuję ją, do zwalczania pijanych kierowców. Kontroli coraz więcej, kary coraz surowsze, a pijanych nie ubywa.. Na szczęście są ludzie, którzy gdzieś mają statystyki. Liczą się dla nich uratowane zwierzęta. Każdy uratowany pies, kot, koń, czy jakiekolwiek inne zwierzę to kolejny cud. 

„Nie pomagam dlatego, że mam za dużo, tylko dlatego, że wiem jak to jest nie mieć nic”

Do niedawna mój idol. Człowiek, który osiągnął wiele w sporcie. Sukcesy w kickboxingu, muai thai, K1, MMA, mimo złamanego kręgosłupa w młodości- Marcin Różalski. Na jego miejscu większość osób by się poddało. Nie on! Podniósł się z kolan i dalej robił to co kocha- walczył i wygrywał. Wiele walk stoczył będąc kontuzjowanym. Wielu zawodników odwołuje swoje walki z błahych powodów, a On wychodził się bić z poharatanym barkiem, czy rozwalonym kolanem. Fakt. Zarabiał na tym pieniądze i robi to dalej, ale czy nie o to w życiu chodzi? Tak. Był moim idolem do czasu.. Do czasu, kiedy nie polubiłem Jego Fanpage. Z idola sportowego stał się również moim idolem jako człowiek. Jak to możliwe, że cały wydziabany koleś, o przydomku barbarzyńca może zaimponować zwykłym ludziom? A no tym, że ma serducho o wielkości wprost proporcjonalnej do siły. Od lat pomaga dzieciom w domu dziecka. Angażuje się w zbiórki pieniędzy dla chorych dzieci. Nie ma tygodnia, w którym nie wystawia przedmiotów na aukcje. Pomaga nie tylko ludziom. Jest ambasadorem dwóch fundacji zajmujących się ratowaniem zwierząt. Fundacja AST i fundacja TARA. Za jego przykładem podąża coraz więcej sportowców co bardzo cieszy! Ten facet dał się bić przez 30 sekund jednemu dziennikarzowi, pod warunkiem pomocy jego fundacji, po czym po programie się zwyczajnie popłakał ze szczęścia!


Koń towarzyszy człowiekowi od zarania dziejów. W czasach, gdy nie było elektroniki, samochodów, czy skomplikowanych maszyn, to właśnie konie spełniały funkcje maszyn. To one woziły ludzi, pomagały w pracach polowych, czy nawet wykorzystywane były w kopalniach. Służyły człowiekowi, przez co stawały się mu coraz bliższe. Człowiek i koń stawali się przyjaciółmi a ich więź była nierozerwalna. Jednak z biegiem czasu ta więź zaczęła zanikać i koń powoli zaczął być tylko narzędziem, a każde narzędzie po pewnym czasie staje się bezużyteczne. Co więc robimy z taką niechcianą rzeczą? Zazwyczaj wyrzucamy na śmietnik. Po co mamy trzymać coś co nie przynosi pożytku i zabiera miejsce? Fundacja Tara jest jak kolekcjoner właśnie takich starych, zepsutych, niepotrzebnych rzeczy.. Fundacja Tara jest także mechanikiem, który potrafi z tych starych i nie potrzebnych rzeczy wydobyć blask, którym świeciły będąc nowymi. Fundacja Tara po prostu ratuje zwierzęta i daje im nowe życie w schronisku, które prowadzi. Najwięcej jest tam koni, których przeznaczeniem najczęściej jest trafienie do rzeźni. Większość zwierząt, które fundacja otacza opieką, trafia w stanie agonalnym. Maltretowane, wygłodzone zwierzęta bez odrobiny woli życia to dla nich codzienność. W samym schronisku dzieją się cuda. Zwierzęta zostają otoczone opieką lekarską. Prowadzone są rehabilitacje. Co 3 miesiące przyjeżdża kowal. Co jest najpiękniejsze, to odzyskują wiarę w człowieka. Miłość, którą otrzymują jest najlepszym środkiem leczniczym. Obecnie znajduje się tam około 200 zwierząt, z czego połowa, to konie. Jednak nie wszystkim da się pomóc. Czasami krzywda wyrządzona przez człowieka jest tak wielka, że pracownicy i wolontariusze, których jest dosyć dużo, muszą odprowadzić te biedne zwierzęta za tęczowy mostek. Śmierć każdego konia, psa, kota, czy innych zwierząt, jest głęboko opłakiwana. Ludzie, którzy tam są, lub przyjeżdżają chociaż na godzinę pomóc, posprzątać, nakarmić, czy po prostu przytulić zwierzę nie robią tego dla pieniędzy. Robią to, bo są wrażliwi na krzywdę bliskich, jakimi zawsze były i mam nadzieję będą nadal zwierzęta.





Fundacja Tara na swojej stronie wystosowała Apel, który o ile zyska duże poparcie wśród obywateli, może trafić do Sejmu RP. Ma on na celu zakazanie uboju koni, czyli po prostu niehumanitarnego mordowania zwierząt. Zwierzęta, które z racji choroby, kontuzji, lub z racji wieku nie mogą świadczyć pracy na rzecz człowieka obecnie są sprzedawane za grosze do rzeźni. Można to zmienić! Można przez wypełnienie apelu wyrazić swoje niezadowolenie z tego faktu i przyczynić się do tego, że takie zwierzęta będą nieodpłatnie przekazywane fundacjom, które będą się nimi opiekować do śmierci naturalnej, lub w razie konieczności będą uśmiercane bezbolesnym zabiegiem eutanazji. Gorąco zachęcam do pobrania Apelu, własnoręcznego podpisania i wysłania bezpośrednio do fundacji. My na tym nie stracimy, a możemy ulżyć zwierzętom w cierpieniach.



Jest to fundacja, która ma na celu pomoc zwierzakom porzuconych przez człowieka. W schroniskach znajduje się mnóstwo zwierząt, których jedynym marzeniem jest mieć dom i opiekuna, któremu mogłyby wiernie służyć do końca swoich dni. AST ma bardzo podobną zasadę działania do wyżej wymienionej fundacji (Tara). Mianowicie pod swoje skrzydła bierze psy chore, zniszczone fizycznie i psychicznie przez swoich właścicieli oprawców. Jest to fundacja, która nie czerpie zysków z pomagania. Sami nie wstydzą się mówić o sobie, że są fundacją żebraczą. Funkcjonują tylko ze środków wpłacanych przez pojedynczych ludzi z wielkimi serduchami. Ich nieoceniona pomoc wynika nie tylko z faktu przygarniania i leczenia zwierząt. Robią coś cenniejszego. Uczą psy na nowo zaufać człowiekowi. Leczenie zwierzęcia nie kończy się na operacji, rehabilitacji i oddaniu z powrotem do schroniska. Takim zwierzętom szukają domu, choćby na krótki czas. Umieszczają zwierzęta w domach tymczasowych i hotelach dla zwierząt. W takich warunkach dzieją się cuda. Psy nie są zamknięte w klatkach, tylko mają kontakt z człowiekiem. Bawią się, dochodzą do pełni sprawności jeżeli jest to możliwe, po czym rozkwitają. Z psów doświadczonych przez los, maltretowanych, które nie znały szczęścia, stają się kompanem na całe życie.


Fot. Joanna Ścibor

Fot. Joanna Ścibor



TTL czyli terier typu Bull, to obecnie najczęściej spotykane rasy w schroniskach. Oczywiście są psiaki młode, pełne energii, które jeszcze mają szansę i nadzieję na dom.. Są też pieski stare, które nadzieję, że spotka ich jeszcze szczęście, dawno utraciły.

Program złote bulle jest zachętą do adopcji  własnie takiego staruszka z rasy bull, oferując mu złotą jesień życia. Są to psy idealne dla człowieka.. Każdy jest pod opieką wykwalifikowanych ludzi, którzy jak nikt inny znają się na tych rasach. Oczywiście nie możemy oczekiwać, że przyjedzie do nas piesek młody, pełny energii, który nie widzi nic poza zabawą. Nie o to tu chodzi. Tutaj chodzi o danie domu nawet na krótki czas. Tym psom być może nie zostało dużo czasu i możemy pozwolić im odejść w poczuciu, że komuś na nich zależy.


Jak pomagać

Obie fundacje potrzebują pomocy żeby móc funkcjonować tak jak do tej pory. Potrzeba wszystkiego: pieniędzy, karmy, materiałów, koców, zabawek. Z pewnością są osoby, które chciałyby adoptować zwierzę, jednak nie pozwala im na to np. miejsce zamieszkania. W obu fundacjach możliwa jest adopcja wirtualna, czyli wybieramy sobie jedno zwierzę, po czym deklarujemy pomoc. Może być to np. zadeklarowany przelew w wysokości 20 zł miesięcznie. Te pieniądze w całości zostaną przekazane właśnie na tego zwierzaka. Jeżeli jesteście zainteresowani jakąkolwiek formą pomocy, to zapraszam na strony w/w fundacji gdzie można uzyskać więcej informacji.


Dlaczego te fundacje?

Pomyślałem sobie, że skoro zbliżają się święta, kupujemy prezenty swoim bliskim, to możemy i odrobinę serca przeznaczyć dla potrzebujących zwierzaków. Jednak nie chciałem pisać ogólnie typu: wpłaćcie dychę na dowolną fundację i będą fajne święta. Nie! Napisałem bezpośrednio do Marcina Różalskiego, który jak mało kto w tym kraju walczy o zwierzaki, z prośbą o pomoc. Polecił mi właśnie te dwie fundacje. Nie chciałem pisać o tych, które są ukierunkowane tylko na zarobek. Te opisane przeze mnie ukierunkowane są na faktyczną pomoc. Sam w domu mam dwa kociaki przygarnięte ze schroniska. Za każdym razem, gdy odbywa się jakaś zbiórka na rzecz zwierząt to staram się uczestniczyć. Oznajmiłem żonie, że co roku będziemy zabierać córkę do schroniska, żeby chociaż te kilka godzin zwierzaki mogły się pobawić z nami czy poprzytulać. Zachęcam serdecznie do pomagania! Każda chwila jest dobra żeby zacząć to robić, zwłaszcza jeśli chodzi o zdrowie i życie naszych przyjaciół, jakimi bez wątpienia są zwierzęta.

niedziela, 11 grudnia 2016

uwielbiam na to patrzeć.

Cześć wszystkim!

Macie może coś takiego, że moglibyście patrzeć na to bez końca? Nie mówię tu o parkującej kobiecie (żarcik:P). Ja mam szczęście do oglądania pewnej sytuacji co wieczór. Zawsze się to dzieje przed 20. Przygasają światła i zaczyna się spektakl. Rozsiadam się wygodnie na kanapie i dyskretnie podglądam jak dwie kobiety to robią. Kipi intymnością na kilometr, a ich ciała splatają się w miłosnym tańcu. Za każdym razem tak samo, te samo miejsce, te same osoby, muzyka w tle także znajoma. Matka i córka dotykają się wzajemnie z czego, to zawsze córka jest dominująca. Ja siedzący obok w ciemności mam za każdym razem ochotę się przyłączyć do nich, ale wiem, że mogłoby się to skończyć przedwczesnym finałem. Cała akcja trwa przeważnie kilka minut. Córka siedzi okrakiem na matce i głowę wtula w jej piersi. Matka nigdy nie jest dłużna i po chwili kładzie swoją dłoń na pupie córki i zaczyna wykonywać spokojne ruchy całym swoim ciałem. Córka jest z tego bardzo zadowolona i po paru chwilach opada z wycięczenia. Następne kilka minut zapach miłości unosi się w powietrzu, po czym następuje nieoczekiwane zakończenie spektaklu. Matka z córką zostają rozdzielone. Córka zostaje przeniesiona w bezpieczne miejsce. Matka po chwili obserwacji zabiera się do wykonywania kolejnych czynności. I Ja również mogę już wstać. Z jednej strony szczęśliwy, że mogłem popatrzeć, a z drugiej strony zawiedziony brakiem udziału.. Czuję się wtedy jak Syzyf. Jestem tak blisko szczęścia, ale wiem, że nigdy nie będzie mi ono dane. 

Tak wygląda wieczór w mojej rodzinie:) Żadna z moich kobiet nie pójdzie spać bez przytulenia drugiej. I tak zostało do dzisiaj. Żona przytula małą, po czym ta po chwili zasypia:). Ja tylko siedzę z boku i obserwuję. Ewentualnie pilnuję kotów, żeby przypadkiem nie zaczęły drzeć ryja. Ten widok, kiedy Kornelka zasypia na żonie jest niesamowity. Taki bezbronny maluch poddaje się i zasypia w ramionach mamy. Tam gdzie najbezbieczniej.. Mógłbym się na to patrzeć bez końca.:) A Wy macie takie momenty, które lubicie obserwować?:)

piątek, 9 grudnia 2016

Magia świąt ? ? ? ?



Święta czas radości mówili. Czas refleksji, zadumy i życzliwości dla innych. Święta rodzinne, podczas których życzymy sobie wszystkiego najlepszego. Dosłownie…
-Wnusiu życzę Ci wszystkiego najlepszego, szczęścia, zdrówka i pomyślności
-Babciu również wszystkiego najlepszego

Podczas skłania życzeń i tak myślimy od czego tu zacząć kolację, przecież przez cały dzień nic prawie nie jedliśmy.. Co roku to samo. Co roku wszystkiego najlepszego.. Ale co dokładnie kurwa najlepszego? samochodu? najlepszego mieszkania, najlepszego pokemona? Babciu sprecyzuj. Czemu jesteśmy tacy ogólni? Ciężko nam raz na rok się wysilić i wymyślić coś innego niż wszystkiego najlepszego?


Nie specjalnie przepadałem za tą sztuczną atmosferą. Bo jak nazwać chwalenie się nowym smart TV i puszczaniem kolęd z Youtuba? Po to uczy się ich dzieci w szkole, żeby raz na jasełkach zaśpiewały? Przychodzi czas prezentów, gdzie praktycznie każdy i tak wcześniej wie co dostanie. Ehh 

A jak wygląda okres przygotowania do świąt? Idziemy w byle jaką niedzielę tam, gdzie chodzą wszyscy katolicy, czyli do naszego „Polskiego” Tesco i co widzimy? Gonitwa za karpiem i innym badziewiem, bo akurat jest 7 groszy taniej niż w biedronce. Przykładowa rozmowa podczas zakupów przedświątecznych:

-Jadźka, no chodź już idziemy stąd. Pierdol tego karpia, już godzinę w kolejce stoisz
-No co ty Stachu. Tyle stoję, to jeszcze zaczekam
-No chodź kurwa bo mnie już chuj strzela
-No a co ja podam na Wigilii
-No masz tu mrożonego, na dodatek złotówkę taniej
-Nie no musi być świeży bo jak to tak.
-Kurwa! Jest 1 grudzień, więc i tak go będziesz musiała zamrozić!
-No tak, ale Krystyna czeka, to ja nie będę gorsza..

Tak samo jak idziemy kupić choinkę. Zazwyczaj zajmuje się tym facet i nie ważne jaką kupi, to i tak będzie albo za rzadka albo za gęsta. A jakie do tego dochodzą czasem awantury przy wybieraniu jej na targu czy gdzieś? Brak słów.
Im bliżej świąt tym jaśniej. Wszystko oświetlone. Okna, drzwi, drzewka, obroża psa czy wszystko gdzie da się lampki zawiesić. A ile osób pamięta, żeby zaświecić lampkę na grobach bliskich z okazji świąt? Ile osób pamiętna o samotnych przeważnie starszych osobach, które nie mają świąt? Ile osób by przyjęło do stołu nieproszonego gościa, dla którego miejsce przecież jest zostawione?

Jak celowo wspomniałem na początku, nie specjalnie przepadałem za tym wszystkim. Nie przepadałem do czasu pojawienia się dziecka. Teraz patrzę na to zupełnie inaczej. Nie mogę się doczekać właśnie tego wszystkiego. Nie mogę się doczekać wspólnego ubierania choinki, choćby nie wiem jak brzydka była. Nie mogę się doczekać prezentów a nawet „wszystkiego najlepszego”. Czasy, gdy podczas kolacji wigilijnej siedziałem w telefonie i patrzyłem tylko, czy ktoś mi wysłał życzenia przez SMS minęły bezpowrotnie. Te święta zamierzam spędzić bez telefonu, komputera, internetu i innego gówna piorącego banie. Chcę je spędzić normalnie, z rodziną.



poniedziałek, 5 grudnia 2016

czy mikołaj jest przestępcą?

źródło:KLIK

Przykro mi bardzo, ale dzisiaj muszę wyjawić Wam bardzo bolesną prawdę, której możecie nie zaakceptować, mianowicie Mikołaj jest przestępcą! Pewnie się zastanawiacie skąd te odważne oskarżenie? Otóż doszedłem do tego drogą dedukcji. Niczym Sherlock Holmes pozbierałem do kupy wszystkie poszlaki, które napotykałem po drodze śledząc Jego karierę przez kilkanaście lat.

Pewnie sobie myślicie, że mam coś z głową, albo coś brałem ale nic bardziej mylnego. Jak to mówi minister Antoni "takie są fakty". Co dokładnie mam na myśli za chwilę wyjaśnię. 

Czy zastanawiał się ktoś z Was, jak to jest możliwe, że jeden człowiek? może w ciągu jednej nocy rozdać prezenty wszystkim ludziom? Tak tak. ma Elfy do pomocy, ale to On jest od czarnej roboty. Co on je? Jak żyje? Jak on transportuje te wszystkie prezenty? Kiedy czyta te wszystkie listy? Weźmy pod lupę tylko nasz piękny kraj. Polskę

Przejazd autem z jednego końca kraju na drugi przyjmijmy, że zajmuje 10 godzin jadąc zgodnie z przepisami ruchu drogowego. Jest to przejazd w linii prostej, uwzględniający tylko dwa przystanki na siu siu. Bez zbaczania z trasy itp. Czyli nierealne jest, żeby zajechać do wszystkich domów w ciągu jednej nocy. Nigdy nie słyszałem o tym, że Mikołaj dostał mandat, więc prawdopodobnie ma jakieś układy z policją. Jest też drugi wariant. Santa przemieszcza się drogą powietrzną. No fajnie, ale czy w ten sposób nie narusza przestrzeni powietrznej w tym przypadku Polski? W Stanach zapewne zestrzelili by go po kilku sekundach. Nie wiem jak jest, ale coś tu po prostu śmierdzi. 

Mikołaj jest włamywaczem

Nigdy tego nie zrozumiem, że gruby facet z brodą wpierdala się z butami do naszej chałupy mimo zamkniętych drzwi i okien. Zostawia podejrzane pakunki po czym jak gdyby nigdy nic oddala się z miejsca zdarzenia. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że jeszcze się z tego cieszymy. Jacy jesteśmy naiwni... Nic tylko się spaść, założyć sztuczną brodę i 6 grudnia ruszać na łowy:P. 

Mikołaj musi zarzywać niedozwolone substancje

Skąd ten wniosek? a stąd, że nikt o trzeźwym umyśle nie będzie przez całą noc zapierdzielał krzycząc tylko Ho-Ho-HO.. Wkręcając sobie i innym, że zapierdala się na latających Reniferach z Rudolfem na czele. Kolejnym aspektem tego jest pytanie każdego dziecka czy było grzeczne w tym roku? Kurwa! coś tu jest nie tak. Koleś przecież przychodzi tylko do grzecznych dzieci, więc po jaką cholerę jeszcze pyta? Nie wytrzymie.. Ma albo problemy z koncentracją albo tak naprawdę sam nie wie do kogo przyjeżdza.. Temu też bardziej przyjżę się w przyszłości:)

Ubranie mikołaja.

Jak to jest możliwe, że po wpierdoleniu się do tylu domów przez ujebany komin jego wdzianko jest w dalszym ciągu idealnie czerwone, a broda idealnie biała? Jakbym ja się spróbował do do swojego rodzinnego domu przez komin dostać, to w połowie pewnie bym utknął, bo tak sadzą jest zabity...

Wystarczy tego ograniczania się do naszego kraju. Na świecie żyje około 10 miliardów ludzi i każdemu Mikołaj daje prezent. Niech koszt jednego wyniesie 100 zł to jedna taka noc kosztuje go jeden Trylion złotych.. Najbogatszy w tej chwili Bill Gates posiada majątek w wysokości ok. 75 miliardów dolarów. Skąd w takim razie Santa ma na to kasę? Billa nie było by stać na taką akcję nawet raz w życiu (biedak..) a ten grubas z brodą co roku tak działa. W tym zakresie wiedzy niestety nie mam, ale nie pocznę póki nie zdemaskuje źródeł jego dochodu. Może jest On jak PIS. Tu niby daje po 500 plus, a realnie podnosi podatki.. hmm nie wiem.

Czym Mikołaj się żywi?

Zastanawialiście się jak można wychodować taki bojler na kole podbiegunowym? W opowiadaniach jest tylko Mikołaj i Renifery... co oznacza ku radości weganów, że musi wpierdalać swoje renifery na obiad! bydlak.. Bo chyba nie myślicie, że takie coś wychodował na grzybach i innych roślinkach jeżeli jakieś tam u niego rosną. 

Mikołaj żyje sobie ponad prawem. Robi co chce, hajs ma na wszystko, przez cały rok wakacje i tylko jeden dzień zapierdol. chociaż i to się niedługo skończy. Zobaczycie i jeszcze trochę nam rodzicom da tę stówę, list od naszego dziecka i sami będziemy musieli kupować prezenty. Ba! jeszcze będziemy musieli mówić, że to od Mikołaja.. 

Na sam koniec pytanie do Was. Czemu pozwalacie, żeby jakiś gruby koleś z wielką brodą sadzał Wasze dzieci na swoich kolanach? :)

piątek, 2 grudnia 2016

Historia małej wojowniczki


Mimo, że bloga prowadzę od niedawna, to już po części zdążyliście mnie poznać. Mój styl pisania, moje błędy. Zawsze staram się podchodzić do wszystkiego z dystansem, na wesoło. Tak, żeby odbiorca też miał radochę z czytania. Niestety ten post będzie inny. Nie będzie tutaj nic co mogło by rozśmieszyć, czy choć odrobinę poprawić komuś humor. Ten post jako pierwszy i jedyny będzie zupełnie poważny, ale dla mnie będzie on najważniejszy ze wszystkich w mojej „karierze”, a to dlatego, że dziś opiszę dzień mojego życia, który miał być najszczęśliwszym w moim życiu a o mało nie okazał się najgorszym. Dzień narodzin mojej córki.

Był 5 października ubiegłego roku. Żona była w 38 tygodniu ciąży, więc zdawaliśmy sobie sprawę, że lada moment może się wszystko zacząć. Ja jak to codziennie po pracy, pochłonięty byłem wykańczaniem naszego mieszkania, do którego niebawem mieliśmy się wprowadzić. Wróciłem około 18 i pierwsze co usłyszałem od żony to „chyba odeszły mi wody”. Torby do szpitala zarówno dla żony jak i dziecka były spakowane, więc zebranie się do wyjazdu trwało max 10 minut. W międzyczasie zadzwoniłem do położnej,  która prowadzi szkołę rodzenia i pracuje w szpitalu, w którym miał odbyć się poród. Mieliśmy dużo szczęścia, bo dzięki niej mieliśmy „załatwione” łóżko. Spowodowane to było tym, że największa porodówka w mieście została zamknięta z powodu jakiegoś wirusa i kobiety rodzące odsyłali do innych szpitali. Po dojechaniu na miejsce, i przyjęciu do szpitala od razu udaliśmy się na porodówkę, gdzie wykonali KTG. Wszystko szło bardzo szybko. Opieka była wzorowa. Położne traktowały żonę jak siostrę, albo córkę. Zaskoczyło nas to bardzo, bo nasze doświadczenia ze szpitalami raczej nie były pozytywne.

Tuż po północy żonę położyli na fotel, i zaczęły się skurcze parte. Po każdym skurczu było sprawdzane tętno dzidziusia i wszystko było w porządku. O 00:40 położna powiedziała, że podczas tego skurczu już urodzi. Mało co a eksplodował bym z emocji. Przyszedł skurcz i dziecko było już na zewnątrz. Ja ucieszony od razu zrobiłem krok, żeby przeciąć pępowinę, ale nie wiadomo skąd, ktoś odepchną mnie na bok. Nie wiedziałem co się dzieje. Widziałem tylko, jak położne z prędkością światła przecinają pępowinę i myją córeczkę. Sparaliżowany słyszałem tylko słowa żony „dlaczego ona nie płacze?”, Dlaczego ona nie płacze!!!

Nastała cisza.. tylko ginekolog próbował uspokoić żonę, że tak czasem się zdarza, ale to nic poważnego. Czas leciał, a niepokój w nas narastał. Po chwili dziecko lekarze gdzieś zabrali, a my w dalszym ciągu nic nie wiedzieliśmy. Na dodatek, zostałem wyproszony przez lekarza, bo musieli pozszywać żonę. Pokierowali mnie do miejsca, gdzie odbywała się reanimacja. Oczywiście nie zostałem wpuszczony do środka. Dopiero po upływie pół godziny wyszła do mnie pediatra z plikiem papierów do podpisania… były to zgody na leczenie i transport do szpitala dziecięcego w Lublinie. Wszystko od razu podpisałem bez czytania. Po formalnościach pielęgniarka zadała mi pytanie, które było jak cios zadany prosto w serce.. „Czy chce pan ochrzcić dziecko?”

Oczywiście zgodziłem się. Udałem się za pielęgniarką w stronę inkubatora, w którym leżała ona, moja mała córeczka walcząca o życie. Po ochrzczeniu dziecka przyjechała karetka i zabrali małą. Wsiadłem w samochód, i od razu pojechałem za nią. Czekałem około 4 godziny, aż ktoś mi cokolwiek powie. Podczas tego czasu spaliłem chyba całą paczkę papierosów.

Po tak długim czekaniu wyszedł do mnie lekarz i powiedział, że stan dziecka jest ciężki i nie wiadomo czy przeżyje. Mała została wprowadzona w hipotermię, czyli obniżyli temperaturę ciała o 3 stopnie, aby „wyłączyć” mózg, w celu zapobiegnięcia ewentualnym zmianom. Szpital dziecięcy w Lublinie jest jedynym w moim regionie, który dysponuje aparaturą do tego i tylko dzięki Pediatrze moja córka się na to załapała. Czasami jest po prostu za późno, bo szpitale na własną rękę próbują ratować dziecko. Podczas tego „zabiegu” zostawały podawane silne leki, z morfiną na czele. Życie Kornelki zależało w tamtym momencie tylko od maszyn, no i od jej siły i woli przeżycia.

Żona wyszła ze szpitala na żądanie po kilkunastu godzinach od porodu. Psychicznie była wykończona, ale to matka. Musiała być przy dziecku. To jednak nie było takie proste. Godziny odwiedzin na OIT są tylko od 12 do 18, przy czym jeżeli jest jakiś zabieg, kontrola, czy transport dziecka, to odwiedziny są wstrzymane.

Po 5 dniach pobytu na OIT, stało się to, na co tak czekaliśmy, usłyszeliśmy płacz naszego dziecka. Oczywiście wtedy płakaliśmy razem z nią. Pani doktor powiedziała, że to nie do końca jest dobrze, bo to płacz z bólu, ale może być dobrym objawem na przyszłość, i tak też się stało. Z dnia na dzień stan małej się poprawiał i po kilku dniach zaczęła sama oddychać, a aparatura tylko co jakiś czas się załączała tak na wszelki wypadek. Jakie to było szczęście, jak pielęgniarka pozwoliła żonie zmienić pieluszkę! Dla każdego rodzica przecież to jest tak naturalne, ale dla nas to było spełnienie kolejnego marzenia.

W 12 dobie życia, jak codziennie przyjechaliśmy na OIT szczęśliwi, że znowu zobaczymy Kornelkę, ale tym razem było inaczej. Wyszedł do nas lekarz i powiedział, że Kornelki już tutaj nie ma.. zamarliśmy.. Ten po chwili dodał, że została przeniesiona na oddział patologii noworodka, a jej życiu już nic nie zagraża i jest w pełni samodzielna. W ciągu minuty byliśmy piętro wyżej u naszej córeczki. Tego samego dnia spełniło się kolejne marzenie. Moja żona mogła pierwszy raz przytulić bobasa. Pierwszy kontakt od czasu porodu. 9 miesięcy noszenia w brzuszku, po czym te 12 dni stały się wiecznością wypełnioną pustką.

Na oddziale patologii było inaczej. Rodzic mógł przebywać z dzieckiem przez całą dobę, w pełni się nim zajmując. Karmienie, przewijanie i kąpiel:).

I się doczekaliśmy. Po 20 dniach od porodu, mogliśmy zabrać dziecko do domu. Dostaliśmy skierowania do kilku specjalistów i wypis ze szpitala, w którym opisane były wszystkie przeprowadzone badania i zabiegi. Moje dziecko przez ten okres przeszło więcej, niż ja z żoną razem przez całe życie. Najważniejsze jednak, że od tego dnia byliśmy w komplecie.

Kornelka. Dziecko, które urodziło się z 1 punktem w skali Apgar z niedotlenieniem.  Później punktacja wcale nie była wysoka, w 10 minucie dostała tylko, a może aż 3 punkty… Walczyła o życie i tę walkę wygrała. Od lekarzy słyszeliśmy, że grozi Jej porażenie mózgowe, że może nie rozwijać się prawidłowo i może mieć problemy z poruszaniem się. Dzisiaj ma 14 miesięcy, mnóstwo wizyt u specjalistów za sobą, udział w programie NFZ skierowanym dla dzieci ryzyka. Rozwija się prawidłowo. Jeszcze nie chodzi samodzielnie, tylko przy meblach i pchaczu, ale to tylko kwestia czasu jak zacznie sama dreptać po domu. Obecnie jedyne zagrożenie jakie występuje, to możliwe problemy z koncentracją, czy nadpobudliwość w późniejszym wieku. Nie wymagamy od niej niczego konkretnego, ani nie wymuszamy postępów rozwojowych, tak jak sugerują internety. Zaufaliśmy w pełni lekarzom i dziś wiemy, że uratowali nasze dziecko, za co będziemy im wdzięczni dożywotnio. Na 1 urodziny małej do obu szpitali pojechaliśmy z tortami w ramach podziękowań.

Podczas pobytu w szpitalu poznaliśmy wielu ludzi, których dzieci nie zawsze miały tyle szczęścia co nasze. Od tego czasu moje podejście do życia zmieniło się znacznie. Zdarza się i dzisiaj, że żona wspomina ten dzień. Bo jak to możliwe, że wszystko było dobrze do ostatniej chwili, a tu nagle takie coś. Nie wiem, czy Bóg istnieje, ale tamtego dnia o nas zapomniał… Na szczęście w porę sobie przypomniał.


niedziela, 27 listopada 2016

Czy zmienić pracę na gorzej płatną? 7 powodów, dla których warto to zrobić.

Mamy jakąś dziwną mentalność.. Bo zawsze może być gorzej, albo wszędzie dobrze gdzie nas nie ma. Ja pierdolę, że tak powiem. Nie musi tak być. Przecież najlepsi trenerzy biznesowi mówią, że człowiek powinien zmieniać pracę max co 5 lat, bo staje się nieefektywny i praca po prostu zaczyna wkurwiać. Wszystko jest ok do momentu, gdy zmieniamy pracę na lepszą, na lepiej płatną, na wyższym stanowisku. Czy jednak możemy być zadowoleni ze zmiany pracy na mniej płatną? Obecnie sam jestem w takiej sytuacji i napiszę Wam czym się kierowałem przy transferze i co jeszcze może wpłynąć na taką decyzję


 Delegacje. A konkretnie ich brak. 

Teraz dosyć często muszę wyjeżdżać służbowo zarówno po kraju, jak i za granicę. No wszystko było spoko, ale do czasu.. Do czasu, kiedy o 10 dowiedziałem się, że za 12 godzin lecę do Anglii.. na tydzień. Nieźle co? mały bobas w domu, żona bez prawa jazdy. Jedni dziadkowie nie mogli pomóc, a drudzy do pomocy jakoś nie specjalnie się garną. Rozumiem, że praca jest ważna, ale na pewno nie kosztem rodziny.


 Czas pracy.

Co z tego że hajs się zgadza, skoro nie ma nas w domu? Lipa straszna wracać z pracy, kiedy nasze dziecko już śpi. Bez powiedzenia dobranoc, bez przytulenia, czy zwykłego uśmiechu. Tak jak przy delegacjach.. Rodzina ważniejsza od pieniędzy


 Stres

Znacie to uczucie, kiedy wraca się do domu i jeszcze przez dwie godziny się o niej gada? Odbieraliście telefon z pracy po 21? Ja wiele razy. Odpowiedzialność mojej pracy była ogromna.. tzn jeszcze jest bo okres wypowiedzenia:P Stres udzielał się nie tylko mi, ale i mojej żonie. Nikt nie chce przecież osiwieć przed 30-stką:P


 zakres obowiązków

Obecnie pracuję w wielkiej fabryce jako kontroler jakości. Pośrednio odpowiedzialny jestem za cały etap produkcji wyrobu. Od wyrobu surowego, do momentu wyjazdu z magazynu. Dodatkowo na mojej głowie jest rozpatrywanie reklamacji, i wyjazdy w celu rozpatrywania reklamacji na duże partie.  W przypadku stwierdzenia dużej ilości "bubli"blokuję towar do sprzedaży. Przez moje raporty często zabierana jest premia jakiemuś pracownikowi, a nawet całemu działowi. Nie muszę chyba tłumaczyć, że przez to mój dział nie jest dobrze postrzegany:P A co będę robił po zmianie pracy? Będę odpowiedzialny tylko i wyłącznie za jedną rzecz, więc będę mógł skupić się na swoich zadaniach, a nie latać jak pojebany po całym zakładzie i naprawiać wszystko co się da:)

 Dodatkowe świadczenia

obecnie nie dostaję żadnych dodatkowych świadczeń. Nic. nawet paczek dla dzieci nie ma. Po przeniesieniu zmieni się to bardzo. dodatki na święta, dofinansowanie do wczasów, współfinansowane karnety na besen, siłownie, raz na rok premia z okazji dnia firmy. Co roku 50-ciu najlepszych pracowników dostaje nagrodę. Bogaty system premiowy. Można otrzymać premię za wszystko:). Przez dodatkowe, świadczenia realnie będę zarabiał tyle co teraz, więc nawet nie odczuję żadnej straty


Odległość do pracy

Chociaż obecnie mnie to nie dotyczy, to warto mieć ten punkt na uwadze. Można otrzymać ofertę pracy, z zarobkami np. 500 zł większymi niż obecnie, ale warunkiem są powiedzmy godzinne dojazdy w jedną stronę ( jak nie ma korków). Fajnie. zarobimy więcej, ale czy na pewno? Dojazdy kosztują, no chyba że ma się jakiegoś pierdziolota to pobiera 6 litrów gazu:). Oprócz kasy na dojazd tracimy coś cenniejszego- czas. jeszcze 3 lata temu zarabiałem dużo więcej niż teraz, ale wychodziłem z domu o 6 rano, a wracałem czasami nawet o 21-22. No i co po pieniądzach w takim wypadku, skoro nie ma kiedy odpocząć, czy zjeść ciepłego posiłku. Nie mówiąc już o jakimś wyjściu z żoną..


 Atmosfera

Może dla wielu osób ten punkt nie ma znaczenia, ale dla mnie ma ogromne. Jestem osobą, która lubi sobie pożartować, śmiać się z innych i siebie, czy zwyczajnie kogoś po wkurwiać, więc dobrze, kiedy pracuje się z ludźmi, którzy też to lubią. Wiadomo, że nie da się wszystkim dogodzić, ale obecnie w moim dziale takiej atmosfery nie ma wcale. Doszło do tego, że nie możemy się zgrać na zwykłe wyjście na piwo, bo ten nie pójdzie z tym, a tamten z tym.. 
Praca jest oczywiście ważna. Pieniądze są ważne. Ważny jest także rozwój samego siebie. Tylko czy to wszystko jest najważniejsze? Na to pytanie każdy powinien sobie sam odpowiedzieć. A jak to wygląda u Was?


wtorek, 22 listopada 2016

co robić, gdy dziecko nie chce jeść? moje 10 sposobów


Nawet nie wiecie ile razy mała nie chciała jeść... Prośby, tańce, śpiewy, czy modlitwy nie przynosiły żadnego efektu. Może i na początku jest śmiesznie, ale później wkurwienie sięga zenitu:). Tak tak cierpliwość jest cnotą, ale co poradzić jak wszelkie starania kończą się na odwróceniu głowy przez malucha, który szyderczo w sobie się z nas śmieje:). Oliwy do ognia dodaje jedno jego słowo. Jedno zwykłe „nie”. Dlaczego tak się dzieje?

Czasami coś po prostu może dziecku nie smakować. We mnie na przykład za cholerę nie da się wcisnąć galarety. Choćby zrobił ją sam Modest Amaro.. Nie i ch.. Rodzice też czasami sieją panikę, bo dziecko Krystyny je więcej od naszego! Fuck! Co mają do tego inne dzieci? To, że inne matki się chwalą, że ich bobas w wieku 4 miesięcy sam robi do nocnika (a znam taki przypadek), wcale nie znaczy, że i nasze musi. To, że niektóre dzieci zaczynają chodzić w wieku 9 miesięcy jest wyznacznikiem rozwoju naszego dziecka? No nie.. Każde rozwija się w swoim tempie. To samo dotyczy właśnie jedzenia. No ale czy możemy coś zrobić, żeby do tej czynności jakoś zachęcić malucha? Oczywiście, że tak. Przedstawiam kilka pomysłów, jakie stosujemy z żoną


  1. Posiłki spożywamy wspólnie.

    U nas obiad wygląda tak: jedno je, a drugie karmi Kornelkę, a później zmiana i szpak dziobał bociana. Jak mała je sama, to po chwili zaczyna się nudzić i amba fatima, ale niech żona weźmie do ręki kanapkę, to na buźce robi się zaciesz i już kanapka należy do córci. Przy obiedzie jest tak samo. Sama zje parę łyżeczek, ale jak tylko zobaczy, że tata je obok, jakoś nabiera chęci.

  2. Trzeba dziecko czymś zająć:)

    Jak to jeść i się przy tym nie bawić? Nie da się tak:), dlatego bardzo często dajemy jej coś do ręki. Przeważnie są to plastikowe sztućce dla dzieci albo duże drewniane łyżki. Mała jest szczęśliwa i chętniej je… przez chwilę

  3. Dziecko niekoniecznie lubi to co my

    Ja nie lubię galarety i każdy o tym w mojej rodzinie wie, więc po prostu mi jej nie dają. Czemu mamy dziecko traktować inaczej? Nie chce jeść kawioru, to dajmy coś innego. Nie wiem.. Przegrzebki?:)

  4. Nie wciskać na siłę

    To, że tata po całym dniu roboty, potrafi opierdzielić pół świni, meter kartoflów i popić cysterną kompotu nie znaczy, że i dziecko to zrobi. Maluch jak sama nazwa wskazuje jest mały. Rączki są małe, nóżki są małe, więc i żołądek też jest mały i po prostu nie pomieści

  5. A może coś do popicia?

    Kto nie lubi ciepłej szarlotki z mlekiem? No właśnie. Moja córcia po prostu nie zje jak nie będzie czego do popicia.. Oczywiście nie dzielimy proporcji obiadek- picie 50-50 tylko troszeczkę kompociku na smaczek i zadowolenie córki.

  6. Nie poganiaj, to nie wyścigi

    Moja Kornelka w dziedzinie długości jedzenia jest liderką we wszystkich rankingach. To sobie przeżuje, to trochę wypluje, a to kotka nakarmi, przez okno troszkę popatrzy. Wszystko, żeby tylko ojca wyprowadzić z równowagi, ale nie.. tata się nie da! Z uporem maniaka dalej próbuje podać jakże cenną porcję pulpecika:). Na spokojnie do tego podchodzimy. Czasem obiadek i godzinę potrafi trwać. Najważniejsze, że w końcu zjada (albo i nie).

  7. Podajemy to co lubi najbardziej w różnych postaciach.

    Wiadomo, że u dzieci gusta smakowe mogą zmieniać się dosyć często. U nas na szczęście jest kilka dań, które mała uwielbia. Najbardziej zadowolona jest chyba z sosu koperkowego mojej żony, z ziemniakami. Do tego przeważnie robi pulpety cielęce lub wieprzowe. Jednak mięso to tylko dodatek. Mogłaby zajadać sam sos nawet z butelki:). Tak samo banany. Tak sobie upodobała, że możemy je dodawać do wszystkiego!. Budyń czy ciasto z bananami są dosłownie pochłaniane przez małego pożeracza. Pewnie i galaretę by zjadła jakby tam były banany:)

  8. Zasada co do ręki to do buzi

    Skoro dzieci najwięcej uczą się przez zabawę, to czemu nie pozwolić bawić się jedzeniem? Bierzemy miseczkę pełną np. spaghetti i na blacik. Kornelka bierze sobie makaron w paluszki i wtedy są dwa wyjścia: albo wsadzi sobie do buzi i zje, albo wyrzuci ze śmiechem za siebie. Zawsze przecież można posprzątać, chyba że tak jak ja, ma się dwa koty do pomocy.

  9. Testujemy

    Staramy się podawać coraz to nowe rzeczy, tak by mała uczyła się smaków. Nie zawsze trafimy w Jej gust, ale przeważnie nowe, najlepiej kolorowe jedzenie smakuje lepiej!
  10. Uwzględniamy co zjadła w międzyczasie

    Jeżeli przeważnie na kolację Kornelka wypija 190 ml mleka, ale godzinę wcześniej zjadła kawałek placka, albo kanapeczkę, to nie ma szans, żeby pokonała całą porcję i nie panikujemy. To że butla nie jest pusta, nie znaczy, że dziecko jest głodne. Choć zazwyczaj wtrąbi wszystko.

To są tylko metody, które my stosujemy. Każde dziecko jest inne i na pewno nie na każde zadziałają! Nie ma co się przejmować, że dziecko nie chce jeść dopóki nie traci na wadze. A jak wygląda karmienie Waszych dzieci? Chętnie zjadają wszystko, czy trzeba Je do tego zachęcać?

czwartek, 17 listopada 2016

jak Ona mogła mi to zrobić?

To było w piątek jedenastego listopada tego roku. Dzień jak każdy inny i nic nie zapowiadało, że stanie się coś o czym z obrzydzeniem myślę do dzisiaj. Dla części z was może wydać się to nawet śmieszne, ale na pewno nie dla mnie.


Był już wieczór. Moje dwie kobiety bawiły się standardowo w kąciku zabawowym. Ja spokojnie po kryjomu konsumowałem kanapkę. O tej porze nasze koty przeważnie śpią. Wszedłem do sypialni, żeby posprzątać swoje porozwalane obok łóżka ciuchy, o co „prosiła” mnie żona. Kilka razy. No dobra kilkanaście z czego kilka ostatnich podniosłym głosem:). No to robię. Starannie składam koszulkę w kosteczkę i zamiarem włożenia do szafy zauważam nagle ruch na korytarzu. A tu moja kocica, biedna, przygarnięta ze schroniska ze statutem „bez szans na adopcję” sunie tyłkiem po korytarzu z tylnymi łapami w górze, odpychając się przednimi jak gdyby nigdy nic rozsmarowuje swoją kupę po całej chałupie! To ja niczym Clark Kent z prędkością światła ruszam w pościg za złoczyńcą. Już byłem blisko. Uważając po drodze, żeby nie wdepnąć w ciemne smugi gówna na panelach wyciągam rękę po kocice, a ona.. Ucieka do mnie do sypialni!. Były dwie opcje: albo wejdzie pod łóżko, albo wejdzie na łóżko i wytrze się w świeżo zmienioną pościel! Ta druga opcja była gorsza, bo groziła wyjebaniem i mnie i kota na balkon, a tam buda jest jedna... Kot pomyślał chyba to samo, bo wybrał opcję numer jeden. Teraz pytanie jak kota spod łóżka wyciągnąć? Łóżko wielkie, a ta na samym środku. Z żadnej strony nie da się do niej dostać. Na szczęście z pomocą przyszła żona. Głosem skowronka łagodnie powiedziała: Weź suchą karmę i potrząśnij opakowaniem. Tak, też zrobiłem. Nasze futrzaki suchą dostają tylko w nagrodę i po chwili kocica była już obok mnie. To ja ją cap i do łazienki. Już mam wrzucać ją do wanny, a w niej zabawki Kornelki. Jedną ręką wyciągam zabawki, a drugą trzymam zasranego i przerażonego widokiem wody kota! Po uporaniu się z napotkanym problemem, zabrałem się do kąpania zasrańca. Kąpiel trwała ze trzy minuty. Na moich rękach do dzisiaj widnieją ślady tej wojny. Było wszystko: rany kłute, cięte i szarpane, ale najważniejsze, że dupa kota została wyczyszczona!


Po kąpieli trzeba było posprzątać. Żona oczywiście mi w tym pomogła. Podła zołza zamknęła się z małą w pokoju i tylko słyszałem jak mi współczuje zanosząc się śmiechem. Najpierw musiałem dokładnie obejrzeć miejsce zbrodni. Kawałek kociej kupy leżał obok kuwety i pół łazienki upaciane. Łazienka to nie problem, bo leżą płytki i łatwo zejdzie pomyślałem. Bardziej niepokoił mnie korytarz, gdzie leżą panele. Wychodzę, patrzę i nie wierze. Pół korytarza w linii ciągłej wysmarowane. Taki sobie szlak jedwabny zrobiła. No co zrobić, przecież sprzątnąć trzeba. Całość zajęła mi około 20 minut. Tak 20 minut babrania się w kociej kupie, przy okazji których miałem czas na myślenie o tym, jak się zemścić.  Bić nie będę bo za co? Wyrzucić przez balkon za nisko, a uśpić za drogo.. Nie no żarty. Nie mógłbym skrzywdzić ulubionego towarzysza zabaw mojej córeczki:) 


ten obsraniec leży po prawej:)
Pozdrawiam!

niedziela, 13 listopada 2016

10 najlepszych tekstów, jakie usłyszały matki KPI

Nie ma to jak dobre rady!. Każdy z nas napewno się z takimi spotkał. Szczególnie nasilone są one podczas wychowywania pierwszego dziecka. Dostajemy rady od rodziców, wujków, ciotek, babć, koleżanek, czy czasem nawet od przypadkowych osób. Mało tego. Część z tych osób nigdy nie miało własnych dzieci!!. Co robimy wtedy? Słuchamy cierpliwie, ładnie dziękujemy po czym zebrane wkurwienie wydalamy z siebie przez kilka godzin, albo i dni. Najbardziej denerwują moją żonę pytania i rady dotyczące karmienia piersią. Jak już wspomniałem tutaj, moja Paulina jest KPI, czyli karmi dziecko swoim mlekiem, ale nie bezpośrednio z piersi. Takich kobiet w Polsce jest bardzo dużo, i wiele z nich zmagało się, albo w dalszym ciągu zmaga z różnymi śmiesznymi lub po prostu głupimi opiniami na temat KPI. Poprosiłem je o podzielenie się, z jakimi tekstami, czy sytuacjami się spotały. 

1. Po roku mleko zamienia się w wodę. 
hmm już był taki co zamieniał wodę w wino, ale mleka w wodę ni dy rydy, chyba że ktoś jest Jezusem naszym czasów. Matki! nie traćcie czasu na karmienie mlekiem, dajcie dziecku wodę!.... To tak jakby powiedzieć facetowi, że jego nasienie w jajkach po roku zamienia się w wode. 

2. Jak przegłodzisz dziecko to zacznie jeść z piersi.
Tak kurwa! Głód lekarstwem na wszystko! Zagłodzić! Spróbuje zagłodzić kota, to może zacznie mówić ludzkim głosem. Zagłodzić lekarzy, to przestaną brać w łapę. Zagłodzić polityków, to obniżą podatki (z tym bym pomyślał dłużej:) Rozwój tego kogoś zatrzymał się na równi z pierwotniakiem...

3. Strata czasu. Laktatorem można utrzymać laktację max 3 miesiące..
No kolejna wyrocznia zaczytana w gazetkach Tesco... Wszystko się da, jak się tylko chce. Wymaga dużo wytrwałości i siły, ale można osiągnąć sukces. Moja żona laktatorem utrzymuje laktację już ponad 13 miesięcy. Do dzisiaj ma ściągnięte około 400 litrów mleka!! z czego część oddała do badań, a bywają kobiety, które DZIENNIE ściągają 2 litry mleka na dobę!! Da się?

4. Słowa pediatry "jak dziecko nie chce jeść mleka z piersi, to może dać pani kisiel albo budyń
No tak. Jak tata nie chce herbaty to dajmy mu piwa, albo whisky... Szkoda, że nie powiedziała zamiast kisielu np. golonka! aaa co.. Zalecane karmienie mlekiem dzieci w Azji i Afryce to minimum 3 lata! a czym różnią się nasze dzieci od ich dzieci.. Tylko kolorem skóry. 

5. Dzieci karmione piersią są tępe
No ten tekst to usłyszała moja żona od pielęgniarki środowiskowej. Sama jest tępa i nikt jej nie karmił piersią:P Jak można tak powiedzieć? No jak? 

6. Kolejna akcja z Pediatrą. Lekarz kazał rozszerzyć dietę już w 5 miesiącu życia, a karmienie w taki sposób zastąpić np. Kaszkami na mm. 
Rozumiem, że lekarze dostają jakieś suveniry, za wciskanie ludziom leków, suplementów, czy innego gówna, tylko po to żeby mieć wczasy za darmola, albo krajarnicę do chleba, krojącą dwie kromki na raz, ale ludzie... Kosztem czego? Zdrowia dzieci?? Zdrowia psychicznego matek? 

7. Mleko ściągnięte laktatorem jest zepsute.
No tak, kolejny przebłysk inteligencji pediatry. Tą kobietę akurat znam osobiście i nie bardzo mnie zdziwiły jej słowa.. Tak tak, bo mleko matki jest dobre tylko, jak jest hermetycznie zamknięte.. ale jak to.. przecież mleko powinno stać w lodówce, a w cycach jest 36,6 stopnia i się  nie psuje? To jakby powiedzieć, że dzieci z in vitro są zepsute, bo plemniki nie są trzymane w jajkach.. masakra.

8. Odciągasz bo idziesz na łatwiznę
Zapraszam do spędzenia jednego całego dnia z matką KPI, zwłaszcza w pierwszych miesiącach karmienia, gdzie spędza się większość dnia podłączoną do laktatora, i w międzyczasie robi się wszystko w domu.. 

9. Laktator dociągnie Ci cycki do pępka
Co za różnica karmić z piersi, czy ściągać laktatorem. Oba sposoby mają taki sam wpływ na kształt piersi. Nie wiem, ale laktator, to nie narzędzie tortur, rodem ze średniowiecza. No, ale przecież jesteśmy expertami w każdej dziedzinie. To tak jakby facetowi od częstych stosunków narządy do kolan zwisały.. 

10. Na koniec może nie tekst, ale zabawna sytuacja. 
Matka KPI pojechała do szpitala, w którym leżał Jej mąż i zapytała mlodego ratownika medycznego o kontakt, bo chciała podłaczyć się z laktatorem. Ten widocznie nie miał pojęcia o czym ona mówi, ale wskazał miejsce. Następnie zerkał co chwilę na tę matkę, żeby zobaczyć co to jest ten cały laktator.

A Was spotkały jakieś dziwne sytuacje związane z karmieniem dzieci?